Naleśniki amerykańskie czyli „The classic pancake”

Nie było mnie, oj, od zeszłego roku. A tu już marzec ma się ku końcowi, wiosna za oknem. Dawno temu powiedziałabym, że to prawie czas nowalijek. Teraz sałaty i inne takie mamy dostępne na okrągło, wystarczy sprowadzić coś z miejsca gdzie akurat sobie rośnie. Zwykle twierdzę, że lepiej jeść, to co rosło bliżej niż dalej (to się tyczy pomidorów , nie ananasów), ale po moich przejściach z pewną wczesno wiosenną sałatą, wolę nie ryzykować. Poczekam aż samo dojrzeje i urośnie.

Ja tu o wiośnie, ale mam też pewną potrzebę wytłumaczenia swojej nieobecności. Obrażeni za brak nowych notek i ci z Was, których to w ogóle nie obchodzi, mogą pominąć całe następne trzy akapity.

Po 10 miesiącach spędzonych w domu na „pilnowaniu domowego ogniska”, gotowaniu, bębnieniu, oglądaniu filmów (seriali też, kogo ja tu oszukuję), ba nawet próbowałam swoich sił w pewnym serwisie internetowym jako redaktor. No po tym wszystkim poszłam do pracy. Takiej etatowej, od 9 do 17 (albo nie, zależy od dnia – wiadomo). W pracy siedzę jak przyklejona do komputera, a klawiatura pali mi się w rękach. Czasem jeżdżę po świecie (miał być Dubaj, była Bydgoszcz, ale nic od razu). Każda praca jest jakaś, należy pamiętać, żeby plusy nie przesłoniły nam minusów i odwrotnie.

Wyrwani z domowej rutyny Panowie nie do końca wierzyli, że nie czeka na nich obiad w domu, że samo się nie odkurzyło, a pralka pierze w jakichś dziwnych godzinach i już nie dostarcza złożonych ubrań wprost do pokoju. Ja, mimo radochy z powrotu do pracy, nie mogłam pojąć, że tyle drobnych rzeczy, które robiłam mimochodem teraz muszę znowu zaplanować, żeby je wykonać; a te, które planowałam jakoś nie mieszczą mi się w grafiku… Oczywiście w międzyczasie pojechaliśmy z Takim Jednym w Podróż Życia, lub jak sami mówimy zaległą Podróż Poślubną. Tam w Świecie było cudownie, na pewno wrócę na drugą półkulę.

Nastąpił jednak pewien weekend, kiedy Taki Jeden ślicznie wypucował kuchnie, a ja tam wpadłam i popełniłam porządny obiad, taki dopieszczony i do syta. Miałam taką radochę, że zapomniałam że też mam jeść. Po prostu siedziałam i gapiłam się na pałaszujących mężczyzn. Następnego dnia poszłam na basen i zmachawszy się solidnie poczułam, że wróciłam na swoje tory. Po dwóch miesiącach przerwy gotowałam i uprawiałam solidnie sport, sama radość.

Dla tych co ominęli – Koniec tłumaczeń, można czytać.

Wróciłam, dopieściłam kilka notek i publikuję. Zaczynamy od amerykańskiego śniadania. Przynajmniej amerykańskiego w moim wykonaniu. Długo usiłowałam znaleźć różnicę między naszym naleśnikiem, a amerykańskim pancake. To takie trochę naleśniki, trochę placki na sodzie, ale żaden z nich do końca. Próbowałam różnych wersji, efekt zwykle mizerny w końcu mnie zniechęcił. Aż do teraz! Przedstawiam Wam przepis, który się sprawdza. Otrzymujemy pyszne, puchate „pancakejki”.

pancakesy nie lubią występować solo

pancakesy nie lubią występować solo

Występują:

  • Maślanka, dokładnie szklanka maślanki
  • Mąka, 1 i ¼ szklanki mąki
  • Jaja trzy
  • Proszek do pieczenia, 2 łyżeczki, takie do herbaty
  • Masło, 30 g, co jest równe 1/6 kostki, takiej 200g
  • Sól i cukier, po szczypcie każdego

Akcja:

Mieszamy! Wrzucamy do michy jaja, mąkę, proszek do pieczenia, sól i cukier. Wlewamy maślankę i masło. Tak, ważne jest by masło było rozpuszczone, płynne. Mieszamy z zapałem godnym najlepszego śniadania. Zapał jest niezbędny do „wbicia” powietrza do ciasta. Im więcej bąbelków tym efekt będzie bardziej miękki i puszysty.

Nagrzewamy patelnię. Tutaj przyznaję po raz pierwszy chyba wyższość kuchenek elektrycznych od gazowych. Nastawiamy bowiem grzałkę na ¾ mocy i tak już ją zostawiamy. Z kuchenką gazową trzeba ustawić, jak sądzę, średni ogień i patrzeć na reakcję naszych placuszków.

Tutaj trzeba przyznać, że przy większej ilości chętnych na efekty naszej pracy potrzebujemy więcej patelni na raz. Można co prawda robić po kilka malutkich pancakeów na raz, ale mi to osobiście jakoś nie pasuje. Wlewam solidną porcję na patelnię, co w efekcie daje nam 6 placków przy ilościach podanych w przepisie.
Na plus trzeba oddać, ze zarówno pierwszy jak i ostatni placek jest równie pyszny i mięciutki. W przypadku omletów, ostatni jest już zwykle nieco klapnięty.

Samo smażenie nie trwa długo, mimo, że wlewamy ciasto na grubość około 1 cm na środku. Można lać ciasto jak na naleśniki po całej powierzchni patelni albo wylewać na środek zamierzonego placka. Ja stosuję wariancję: wlewamy na środek patelni i bardzo delikatnie krążymy dwa do trzech razy dokoła placka. Ma nieco większą średnicę i jest minimalnie bardziej płaski. Po prostu smaży się szybciej.

pancakes in progress

pancakes in progress

Oczywiście można nasze śniadanie zjeść z dżemem, miodem, serkiem homogenizowanym czy czymkolwiek Wam się zamarzy. Ale syrop klonowy szczególne tutaj pasuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *